
Dojechawszy na miejsce, okazało się że adres wskazuje na jedne z wielu drzwi do dużego baraku, wkroczyliśmy więc i ujrzeliśmy pomieszczenie pełne przepięknych zdjęć z związanych z lotniarstwem - szczególnie magiczne są zdjęcia wykonywane na na prawdę dużych wysokościach, gdzie mimo to pilot lotni ma bardzo bezpośredni kontakt z - nazwijmy to tak - "światem".
Przywitała nas miła starsza pani, która podsunęła do podpisania waivery, że w razie uszczerbku na zdrowiu, złamań, śmierci, strat mienia nie będziemy się nazbyt skarżyć. I na prawdę piszę tutaj zafascynowany sposobem w jaki słowo death zostało beztrosko wplecione w ten, standardowy przecież, formularz ;) Podpisaliśmy ochoczo. Po formularzach zostaliśmy najpierw uraczeni opowieścią o niej i o jej mężu, którzy latają przez praktycznie całe swoje dorosłe życie, a następnie, przechodząc do sedna, wyświetlono nam dwa szkoleniowe filmy, które odpowiadały na podstawowe pytania. Okazał się że niestety/na szczęście nie będziemy zeskakiwać z klifów, z przyczepionymi do barków skrzydłami, a jedynie próbować odbywać swoje pierwsze loty podczas zbiegania z niezbyt stromej górki. Wokoło rozległy się odgłosy zarówno ulgi jak i przekornego rozczarowania :) Czas było przejść od teorii do praktyki, dostaliśmy więc wskazówki do podróży, i wróciliśmy do samochodów aby udać się w godzinną (sic!) podróż do "idealnego miejsca do rozpoczęcia nauki lotniarstwa".
Gdy dojechaliśmy na miejsce, ujrzeliśmy wysuszone w kalifornijskim słońcu, łagodne wzgórza. Po kilku chwilach reszta samochodów dojechała i wybraliśmy się w kierunku bramy wejściowej na ten wielki teren. Jednak zanim doszliśmy, znikąd pojawiła się ciężarówka i zatrzymała się przed wejściem. Podeszliśmy więc, i zapytaliśmy czy zajmują się hang glidingiem, okazało się że nie - bo sky divingiem. Mówiąc to, kierowca pokazał palcem w niebo, gdzie jak się okazał, zaczęły się rysować kształty pięciu spadochroniarzy, z których jeden rozpoczął wykonywać właśnie jakieś dziwne akrobacji z użyciem swego spadachronu szybującego.
Przeszliśmy przez bramę, i wybraliśmy się w stronę baraku przy którym zauważyliśmy 3 lotnie, a w tym czasie spadochroniarze lądowali kilka metrów od nas i serdecznie się witali :) Gdy byliśmy w połowie drogi, podjechały do nas dwa samochody terenowe zmierzające w identycznym kierunku, i dostaliśmy propozycję zrobienia safari experience, czyli podwózki na zewnątrz auta. Nie muszę mówić że z chęcią przystaliśmy :) Po dotarciu do baraków, podzieleniu nas na 3 grupy i rozdzieleniu ochraniaczy, kasków, i uprzęży, rozpoczęły się zajęcia w podgrupach.
Dwie pierwsze grupy rozpoczęły składanie swojej lotni, my natomiast, jako że nasz instruktor już prowadził tego dnia zajęcia, przeszliśmy od razu do pierwszych prób. Powiedzmy sobie jasno jakie są zasady: rzecz najważniejsza - light touch, czyli lotnią nie kierujemy tak jak kierujemy samochodem, a jedynie dajemy jej wskazówki jak ma się zachować. W praktyce się to przekłada na to, że pilot jest zawieszony na uprzęży pod skrzydłem, i właściwie nie trzyma się trójkąta sterownego, a jedynie lekkimi ruchami go odchyla w odpowiednią stronę. Nie jest to takie zupełnie oczywiste - naturalnym odruchem po oderwaniu się od ziemi, jest mocne przytrzymanie się czegoś, najlepiej czegoś co masz już prawie w dłoniach. Problem jest w tym, że gdy się skusisz, od razu lecisz w dół. Ok, spróbujmy. W cztery osoby będące w naszej grupie zadecydowaliśmy o kolejności i zaczęliśmy na zmianę pojawiać się pod lotnią. Pierwsze próby truchtu, i już czuć jak skrzydło wyrywa się w powietrze. Gdy zrozumieliśmy, że trójkąta nigdy nie powinniśmy gwałtownie chwytać, zaczęliśmy z trochę większej górki, a nasze "loty" proporcjonalnie się wydłużyły. W tym momencie wiedziałem już doskonale że zdecydowania mi się to podoba (zrozumiałem to nawet wcześniej, gdy zobaczyłem zdjęcia w stylu tego). Po każdej próbie była analiza popełnionych błędów i plan na próbę kolejną. Dość ambitnie podeszliśmy do sprawy, i chcieliśmy maksymalnie wykorzystać dany nam czas. W sumie wykonaliśmy blisko 10 prób, z czego ostatnie są takie, jakie widać na zamieszczonym obok filmiku. Nakręciłem go podczas jednego z bardziej udanych lotów koleżanki, więc dobrze oddaje co udało nam się osiągnąć tego dnia :)
Gdy zaczęło się ściemniać, przyszedł czas na zakończenie prób. Każda grupa przeciągnęła swoją lotnię pod barak, i staraliśmy się pomóc naszym instruktorom w złożeniu lotni. Muszę tu wspomnieć, że od strony technicznej,
lotnia ma bardzo wiele wspólnego z żeglarstwem. Skrzydło (czyli... sail) jest wykonane z dacronu, czyli materiału z którego się szyje żagle, a cała konstrukcja jest utrzymywana przez stalowe linki mocowane na karabińczyki, walce z zawleczkami i szekle. Przypomina wam to coś? W kwestii nazw zresztą, sail nie jest wyjątkiem, bo centralny pionowy element to kil :) itp. Pod koniec tej notki muszę wspomnieć że ten, jakże dla mnie nowy, sposób na spędzanie czasu został dopisany do dość długiej listy rzeczy TODO z dość dużym priorytetem. Zapewne postaram się jeszcze odwiedzić to miejsce podczas tych praktyk, a następnie bez wątpienia poszukam podobnego bliżej domu :) Definitely, new favourite thing to do!
Ps. I jeszcze filmik z safari experience, gdy dostaliśmy podwózkę powrotną :)




Gdy zaczęło się ściemniać, przyszedł czas na zakończenie prób. Każda grupa przeciągnęła swoją lotnię pod barak, i staraliśmy się pomóc naszym instruktorom w złożeniu lotni. Muszę tu wspomnieć, że od strony technicznej,

Ps. I jeszcze filmik z safari experience, gdy dostaliśmy podwózkę powrotną :)
Hej! super, fajnie tam masz.
OdpowiedzUsuńChoć jak pewna byłam, że Ty do pracy pojechałeś :P
hihi
S.
młody, jesteś totalny!!
OdpowiedzUsuń